Archiwum dlaciekawe miejsca

Templum ex Obscurum @ Cariwynne Estate

Urzeczona fotkami królowej Uzi z Templum ex Obscurum postanowiłam na własnej skórze przekonać się, cóż takiego można tam zobaczyć.

Templum ex Obscurum to mroczne, bajeczne miejsce. Niewiele jest tam do zrobienia poza ekstatycznym tańcem w grocie, wiszeniem na krzyżu, czy udawaniem topielca w płytkim potoczku, ale i tak warto to miejsce odwiedzić. Dla klimatu, dla deszczu na pobliskich wzgórzach i dla zapierających dech w piersiach ruin obrośniętych dzikim powojem.

Lamu Gardens Oasis

To miejsce jest warte zwiedzenia. Człowiek może przez chwilę poczuć się, jak z Bajki 1000 i jednej nocy :)

Pełno miejsc na romantyczne tete a tete. W malowniczych miejscach można spotkać bajecznie kolorowe pawie, żyrafy, koty syjamskie i  strusie. Gdzie się nie obejrzeć stoją nabite szisze i miękkie poduszki. Szczególnie mocno polecam ten region w blasku zachodzącego słońca. Ja jestem oczarowana.

W te wakacje nie udało mi się wyjechać nigdzie poza Europę, więc z tym większą przyjemnością zwiedzałam tą wirtualną wyspę.

Avatary od ALB Dream Fashion.

To miała być krótka wycieczka po dwa ciekawie zapowiadające się avatary. W sklepie ALB Dream Fashion można dostac oczopląsu, bo jest tam bajecznie kolorowo. Wynikiem tego były moje zakupy. Zdobyłam zestaw “Blue Coyote”, ale “Shakespeares Midd Summer Nights Dream” totalnie mnie zaskoczył. Kupiłam zestaw w zupełnie innej kolorystyce niż ten, który zaprezentoawły dziewczyny z Free* Style. Czarnego nie znalazłam. A szkoda, bo ten mój prócz ciekawego skina nie ma nic do zaoferowania.

Zamieszczam nieobrabiane zdjęcia, bo czas mnie goni. :/

To ” Shakespeares Midd Summer Nights Dream ” za 0 L

A to część zastawu “Blue Coyote”. Skin jest piękny.

Szukając sklepu trafiłam w jego okolicę i nie mogłam wyjść ze zdumienia, że jeszcze nigdy nie udało mi się zobaczyć Lamu Gardens Oasis. Relacja trochę mi zajmie czasu, więc będę ją musiała dokończyć po powrocie. Jest tak piękna pogoda, że nie mogę siedzieć w SL. Wolę jechać nad jezioro.  :)

Tajemniczy pokój w Tableau.

To miała być romantyczna wycieczka do Tableau. W wielkim aligatorze było faktycznie całkiem milutko, zwłaszcza, kiedy Eicca usilnie starał się udowodnić, że jest bardzo sceniczny. Na całe szczęście nie śpiewał :D (wybacz  młody :) ). Można tam dostać świetnego drinka.  

Najwspanialszy okazał się jednak mały stary domek, kryjący tajemniczy pokój. Muzyka tam jest fenomenalna- organy i melodia przypominająca archiwum X. Tańczą tam duchy, przedmioty lewitują pod sufitem a dziwne postaci spoglądają z obrazów. :)

Stwierdziliśmy z Eiccą, że to w gruncie rzeczy był romantyczny wypad. W gruncie rzeczy….

Wtyczka do miejsca.

Kto ładniejszy? :D

Koreshan Pointe- piekielnie wesołe miasteczko

Trafiłam tu tylko dzięki Madeline. I miałam okazję przekonać się na własne oczy, jak wyjątkowo oryginalne poczucie humoru ma twórca tego miejsca. :)

Zabawki z piekła rodem. :)  Jestem pewna, że takiej drugiej herbatki nie przeżyję.

“Nawet w rękawiczkach tego nie dotknę!”

W pobliskim hangarze znalazłam boks z freebisami i tak, jak się spodziewałam nie były normalne. No, bo po jaki gwint potrzebny mi wielki młotek, równie wielki klucz mechaniczny, czy taka maska?! Sa też koszulki…ale jakoś ich nie polecam :D

Diabelskie koło okazało się diabelnie zepsute. Podobnie jak wagonik w tunelu strachu. Dlatego przebyłam go pieszo. Oto jedna z rzeczy, które tam miałam okazję zobaczyć. Nie wiem dlaczego, ale skojarzyła mi się ta poczwara z teletubisiami…:/ lol

Resztę zobaczcie sami. Najlepiej nocą :)

Catacombs of Avalon

Miałam dzisiaj wisielczy humor i chciałam wydostać się z Tombstone na jakieś obce, ponure tereny.

Mój kompas naprowadził mnie na katakumby Avalonu i gwoli ścisłości okazało się, że ni mogłbym wymarzyć sobie bardziej ponurego miejsca w SL.

Przed bramą czekała na mnie tabliczka o nastepującej treści….

Ponieważ mój arizoński strój okazał się odpowiedni, nie musiałam przebierać się świecąc gołym tyłkiem na środku chodnika.

Zanim weszłam na cmentarz zrobiłam jeszcze to zdjęcie.

Sympatycznie wyglądający szkielet w budzie niestety nie szczekał a majaczący w oddali pająk nie okazał się avatarożercą. Niestety…ale za to na środku cmentarza czekała mnie inna atrakcja:

Tak. Mój własny niesmigany grób.

No to go wzięłam i wyśmigałam :)

Reszty wam nie będę odkrywać. Powiem tak: jest tam cała masa rzeczy do zrobienia, masa szkaradnych kreatur do pominięcia szerokim łukiem :P i inne atrakcje. Już przy wejściu dowiecie się, że wypadałoby znaleźć łopatę i wykopać…co? Ano, może klucz do największej katakumby, która (czuję to) ma tajemne wejście do podziemia….a może. Co tu dużo gadać. Trzeba odwiedzić.

Tytułem zakończenia tego nad wyraz dł postu musze dodać, że Catacombs of Avalon są wejściem do gry, tzw. role play. Typowe fantasy, ale bardzo ładnie wykonane. A to mały dragonik z tej krainy.

Tija w Tombstone- dzień pierwszy.

Miasteczko Tombstone gdzieś na ziemiach Arizony. Mieszkańcy spokojnie zajmują się swoimi codziennymi problemami, szukają zaginionych kobiet, walczą z Indianami, łapią gangi i strzelają do kogo popadnie…

Zupełnie nie spodziewają się, że właśnie tego dnia odwiedzi ich miasto kobieta z piekła rodem. Tija “damn” Shilova, która nie wypuszczając szklanki z tequilą z dłoni wywróci ich spokojne życie do góry nogami. :)

Na początku nic nie wskazywało na zamieszanie, jakiego stanie się sprawczynią…cały dzień przegadała z siostrzyczką z pobliskiego kościoła

i zaprzyjaźniła się z jedną z Doves- panien do towarzystwa i tancerek z tutejszego salonu.

Wybrała się nawet na wycieczkę do wioski Indian i do fortu…nikt niczego nie podejrzewał…nagle zniknęła, by pojawić się w najmniej oczekiwanym momencie na samym środku ulicy…lecz tym razem nie w męskim stroju…

w stroju pawia i odtańczyła dziki taniec na oczach zdumionych mieszkańców. Niektórzy byli zniesamczeni, niektorzy rozbawieni a niektórzy…zwłaszcza przyjaciółka z salonu w cywilnym “stroju” narazili głowę, by na chwilkę zatańczyć z tą wariatką :)

Szeryf przebywał poza miastem…i chwała Bogu…To był fantastyczny performence, który udowodnił, że można jeszcze ludzi czymś w sl zaskoczyć :)

Cuda z Wollstonecraft place i widoki The Far Away.

Jeśli lubicie The Blair Witch Project i podoba wam się klimat teledysku do Vermillion Slipcknota, to z pewnością spodoba wam się też nowa kolekcja dziwactw od Wollstonecraft. Powinniście też polubić pola The Far Away, zwłaszcza że jest tam motyw, jakby żywcem ściągnięty z wyżej wspomnianego teledysku, tyle, że zamiast przy drzewie wasz avatar będzie się unosił wokół wiatraka. :)

Nie będe szczegółowo opowiadać o wszystkim, co znajdziecie w megapaku. Dość popatrzeć na zdjęcia. Mogę was też zapewnić, że nie pokazałam wszystkiego. Zapomniałam np zrobić fotki kuchni polowej, w której gotują się robale :) Świetna robota :)

Dobrej zabawy!

A oto link.

Virtual Hallucinations

Horror co za miejsce!

Tylko dla kogoś o mocnych nerwach. Ja cieszyłam się z wyjścia na wolność, ale już chyba nigdy nie będę zdrowa ;)

Virtual Hallucinations to projekt (stymulacja właściwie)  zrealizowany przez grupe. Te aaudio wizualne halucynacje mają odzwierciedlać typowe, podręcznikowe stany schizofreniczne. Niech was nie zwiodą te szare nieciekawe ściany. Jest strasznie!

Virtual Hallucinations

Elvis żyje i mieszka na ziemi ARTILLERI!

Oczywiście nie widziałam go osobiście, choć przetrząsnęłam cały teren dokładnie :) . Niemniej “powietrze” przesiąknięte jest tam “jego wysokością” i rock’n’ rollem :D .

Zawsze byłam fanką stylu Artilleri- mieszanki retro z lat … i  sporej dawki porządnej rockabilly. Na terenie, którego właścicielką jest sama Antonia Marat też się nie nudziłam :) Nie będę rozwodzić się na temat main storu, zaprojektowanego w stylu barów mlecznych, ani dwóch pozostałych sklepów, w których można kupić akcesoria i meble w stylu hipi. Zdam relację z tego, jak sama dobrze się bawiłam. A pomogą mi w tym zdjęcia :) Kiepskie, ale zawsze jakieś.

Swoją wycieczkę rozpoczęłam od tego miejsca…

Potem wlazłam do pobliskiego ogrodu i ucięłam sobie krótki sunbathing przy śpiewie tych uroczych ptaszków.

potem pozwoliłam sobie na kilka zdjęć z tymi cudeńkami…cóż marzenia w sl niczym nie różnią się od rl :(

Zdołowana widokiem aut, na które nigdy nie będzie mnie stać pozwoliłam się…pogrzebać…

Nic mi to nie pomogło, więc klapnęłam na chwilkę, by wypić koktail…na początek wybrałam ten o dziwnej nazwie: “cheaky monkey”…i pobiegłam oglądać widoczki z “tronu” ratownika.

Nagle z mojej niczego juz nieświadomej głowy poczęły wylatywać przeraźliwie piszczące małpy!!!

Potrzebowałam jeszcze więć wróciłam do baru, zamówiłam następny koktail, tym razem “sex on the beach” i… do moich uszu zaczęły docierać odgłosy miłości…no i te usta z mojej głowy…czyżbym się naćpała? :P

podczas spaceru znalazłam kręgielnie…nie chciało mi się samej do niej wchodzić…wrócę tam ze znajomymi :)

Na kocyku było przyjemnie, choć samotnie…tym razem :)

A tutaj jestem w małym domku samej Antonii Marat. Bardzo tam przyjemnie…i ta deska do prasowania! :D Szkoda, że nie da się jej animować.

Fantastyczne miejsce na stylowe party lub miłe popołudnie z przyjaciółmi…nie wspominając o zakupach :)

Link do miejsca.